piątek, 12 sierpnia 2011

Co by było gdyby ...

To pytanie zadaliśmy sobie kilka dni temu w temacie domowym. Już wyjaśniam "osochozi" ;-) Zanim znaleźliśmy ten domek, przez kilka lat szukaliśmy domu dla siebie, dokładnie to od 2006 r., Na początku mieszkaliśmy w Krakowie, więc przyjeżdżaliśmy w te rejony na weekendy, na urlopy etc. i jeździliśmy po okolicy. Chcieliśmy dom tak max 20 - 25 km od Rzeszowa, nieważne z której strony, ale najbardziej podobała nam się wtedy strona południowa. I właśnie tam znaleźliśmy w różnych okresach 3 domy, z których na każdy się zdecydowaliśmy, ale zawsze coś stanęło na przeszkodzie. W jednym rodzina nie mogła się dogadać w kwestii podatku od sprzedaży, w drugim ktoś nas ubiegł, a trzeci to ciekawa historia, bo stał pusty, a jak znaleźliśmy właściciela to oznajmił nam że ten dom jest przeklęty, że tam się lała krew i inne dziwne historie! Ale nie to nas zniechęciło, a fatalny stan domu i nieuregulowane kwestie własności. Oprócz tych 3 domów były i inne, przez te lata nazbierało się tego trochę, jeden już prawie był nasz, formalności były, że się tak wyrażę, daleko posunięte ;-), jeszcze tylko czegoś tam brakowało i - nie wchodząc w szczegóły, transakcja nie doszła do skutku. Aż w końcu w tamtym roku trafiła się nasza "makabryłka", z której jesteśmy najbardziej zadowoleni. 
A teraz fotki z wyprawy i zobaczcie sami, dlaczego na początku tak bardzo zakochaliśmy się w południowej stronie Rzeszowa:



Teraz mieszkamy z całkowicie płaskiej strony miasta, i jesteśmy bardzo zadowoleni - płasko oznacza brak problemów z dojazdami w zimie, brak korków takich jak na tych pd krętych drogach, ale czasem coś w nas tęskni za tą górzystą stroną w której już prawie - kilka lat temu mielibyśmy swoje miejsce, i zastanawiamy się wtedy "co by było gdyby"?
A na koniec zdjęcia domków sprzed 4-5 lat - wtedy gdy je wynaleźliśmy:

I ostatni "dom przeklęty":

Z tej "świętej trójcy", dwa pierwsze domki zostały zakupione i są w trakcie remontów, a ostatni - stoi jak stał i czeka aż jego dni się dopełnią ;-)


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Różności domkowe i Kocia Języczkowa

Leniwie płynie nam czas Grześkowego urlopu. Trochę nadganiamy remontowo, trochę odpoczywamy. Futra nam asystują we wszelkich czynnościach, nawet podczas buszowania w necie:
Gdy G malował łazienkę, one pilnowały żeby nikt nie ukradł naszych łazienkowych pierdułek:

 A Kocia sprawdzała czy mycie się na zasłonce prysznicowej jest takie praktyczne jak sądzą "duzi" :

Gdzieś w międzyczasie G odważył się pójść do lasu (mimo plagi egipskiej komarów) i coś niecoś przyniósł:




A na koniec zostawiłam deser, czyli Kocię Języczkową - jak w tytule:

Za to Gacek znudzony fotografowaniem i zachwytami nad Kocią, ziewał z nudów (rozłożony na moim pudełku z przyborami dziewiarskimi :-)

Pozdrawiam i do zobaczenia :-)

sobota, 30 lipca 2011

Koty zzamoskitierowe

Wczoraj zwinęłam towarzystwo z podwórka, bo chciałam wykosić działkę. Obydwa futra były bardzo niezadowolone z takiego obrotu spraw i oznajmiały to (zwłaszcza Gacek) głośnym i jęczącym miaukiem na całą okolicę ;-)

piątek, 29 lipca 2011

Mol - znaczy kot - książkowy

Opisałam i pokazywałam już kiedyś na blogu zamiłowanie moich futrzastych do książek. Dziś ciąg dalszy - Kocia książkowa:
 Na książkowym blogu prezentowałam kiedyś opowiadanie z czytanki podstawówkowej pt.: "Zielonookie diablątko", ta nazwa wydaje mi się tu akuratna:

 A z innej beczki - piekliśmy wczoraj placka na niedzielę. Tak, właśnie wczoraj, bo sekretem tego niepozornego placka jest ciasto - które im dłużej stoi tym lepsze (oczywiście w granicach rozsądku, po roku stania byłoby pewnie mniej zjadliwe ;-)
Zamieściłam to niecodzienne wydarzenie na blogu, ponieważ ja bardzo rzadko piekę ciasta (zwykle 2 razy do roku na święta, albo i rzadziej), zdecydowanie bardzie wolę gotowanie. A tym przepisem chcę się podzielić z chętnymi, bo nam bardzo przypadł do gustu i nie jest jakoś specjalnie trudny w robocie. Pierwszy raz zrobiłam to ciasto właśnie na ostatnie zimowe święta (jest na blogu - wpis z 30 grudnia). Przepis pochodzi z gazetki "Wigilia i Święta Bożego Narodzenia" wydanej przez Lamar w 2008 r.

Ciasto wiśniowe (równie dobrze można zastąpić wiśnie innymi owocami)
Składniki: 2,5 szkl mąki, 2 i 1/3 szkl cukru (ja daję dużo mniej, bo wg nas placek wcześniej był za słodki), 1,5 kostki masła, 5 jajek, 1 żółtko, 1 szkl mleka, 1 słoik (700 ml) wiśni, 1 laska wanilii (ciężko gdzieś wyszukać, więc zastępuję 2 łyżeczkami cukru waniliowego), 2 łyżeczki proszku do pieczenia, 1 tabliczka białej i 1 gorzkiej czekolady

Wykonanie: 3 łyżki cukru podrumienić na suchej patelni. Stale mieszając wlać mleko i zagotować. Utrzeć 2 jajka, żółtko, 3 łyżki cukru, wanilię i dodać do mleka. Ucierać na krem na małym ogniu, nie dopuszczając do zagotowania.
Masło utrzeć z resztą cukru (tu przydaje się facet!), dodać pozostałe jajka. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i połączyć z masą karmelową i jajeczną. Wiśnie osączyć na sicie i dodać do ciasta. Formę wyłożyć papierem do pieczenia. Wyłożyć ciasto i piec 70 min w temperaturze 190 st. (uwaga! nam wystarczyło 50 min. - trzeba sprawdzać, żeby nie spalić). Wyjąć i ostudzić. W osobnych rondelkach rozpuścić czekolady. Ciasto pokryć najpierw białą, a potem czarną czekoladą, tworząc widelcem fantazyjne pasy.
Smacznego!

wtorek, 26 lipca 2011

Opowieść o tym jak Gacek ogórki kisił

Wczoraj zabraliśmy się za kiszenie i marynowanie ogórków. Gacek od razu postanowił zostać "pomocnikiem kucharza":
 Od razu zmaterializował się w szafliku (musiał sprawdzić czy ogórasom będzie tam wygodnie ;-)
 ..."rejtanował":
 Kontrolował staranność mycia ogórków:
 A na koniec zmęczył się ciężką robotą i zasnął snem sprawiedliwego:
W tym czasie kocia arystokratka leżała w salonie ;-)
A to niecały jeszcze efekt gackowych wysiłków: